Która to już rocznica? Ile milionów myśli przewinęło się nad tymi sześćdziesięcioma trzema dniami? Ile refleksji? Ile analiz i przypuszczeń? Ile razy przeżywaliśmy to wydarzenie tak, jak byśmy tam byli i jakbyśmy tam ginęli?
Powstanie warszawskie, to nie tylko nasza historia. To także część nas samych. Prawda: wtedy odeszło wniwecz najlepsze pokolenie Polaków. Naród poniósł stratę, ktorej nie da się odrobić nigdy. Z tej straty wynikają niewykorzystane szanse. Powstała wyrwa w tkance narodowej, po ktorej został kikut w niczym nie przypominający straconej tkanki.
Wielu z nas zadaje sobie przy okazji tej kosntatacji pytanie: czy było warto... I jeszcze bardziej dramatyczne pytanie kolejne: czy dowódcy Polski podziemnej mieli prawo moralne do wzniecenia tej z góry przegranej batalii?
Z perspektywy obserwatorów post factum łatwo jest ferować opinie takie, czy inne. Natomiast wydaje mi się, że ktokolwiek znalazłby się na miejscu dowódców wojskowych czy politycznych państwa podziemnego musiałby podejmować decyzje o super-historycznej doniosłości w warunkach ograniczonego dostępu do faktów oraz wobec błyskawicznie zmieniającej się sytuacji.
Niemcy w widoczny sposob byli w odwrocie. Ze wschodu nadchodzili Sowieci. Obszary zajęte przez Sowietów były natychmiast poddawane sowietyzacji. Radio sowieckie ale mówiące po polsku wzywało Polaków do zrywu. Czy można było dopuścić do sytuacji dokonanej na kresach wschodnich, gdzie bolszewicka machina nie dawała żadnych szans na odradzanie się polskości?
I czy można było ignorować energię żołnierzy podziemia, którzy rwali się do walki?
Odpowiadama na swoje pytania tak: Nie, nie można było. Lato 44-go, to moment w dziejach Polski, kiedy nie mieliśmy wyjścia, ani żadnego wyboru. Próba ocalenia niepodległości przez fakt dokonany była racjonalna i ogrom strat materialnych pomnożony przez niepowetowane ofiary w ludziach nie obciąża decydentów Polski podziemnej. Zbrodnia została dokonana przez Hitlerowców oraz ich wspólników z Litwy, Łotwy czy Ukrainy. Ale temu nikt się wówczas nie mógł dziwić. Zbrodnia została też dokonana przez sowieckich ludobójców, którzy z premedytacją wstrzymali ofensywę i zabronili aliantom zachodnim lądowania na wschód od Warszawy, żeby bezpiecznie i bardziej efektywnie wspierać powstańców. A tej zbrodni bolszewickiej nie sposób było przewidzieć.
Odium winy spoczywa wyłącznie na okupantach; tych brunatnych i tych czerwonych. Dowódcom powstańczym należy się wyłącznie wieczna pamięć, wdzięczność i miejsce w panteonie narodowym.
Currently rated 3.0 by 1 people
- Currently 3/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Ktoś powie, że to kassandryczne zaklinanie rzeczywistości i widzenie wszystkiego w czarnych kolorach. Ja na to odpowiadam: ja po prostu próbuję odczytywać sygnały, jakie do mnie docierają i przetwarzać je w maszynce rozumowania przy użyciu zestawu wiedzy, jaką udało mi się dotąd posiąść.
Prezydent Barak Obama nie jest głupcem. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Jego możliwości intelektualne są wielkie, daleko powyżej średniej krajowej. Zawsze uważałem, że absolwentem dobrych szkół nie może być półgłówek. Dlatego broniłem poprzedniego prezydenta przed małostkowymi, prymitywnymi i po prostu głupimi etykietkami w rodzaju: „głupek“. Prezydent Bush ukończył Yale i Harvard. A tam na nikim nie robią wrażenia tytuły, czy majątek rodziny.
Więc Obama nie jest głupcem. Jest czymś stokroć gorszym – jest ideologiem. On ma pewną wizję, która wyrasta z formacji ideologicznej, jakiej uległ dzisiejszy prezydent. Formacji, która ukształtowała się w silnie lewicujących środowiskach akademickich, której radykalizmu przydał długotrwały i intensywny – jak można sądzić – kontakt z rozpoznanym, choć nie skazanym terrorystą rodzimego chowu, Billem Ayresem. Wreszcie formacji, w której miał coś do powiedzenia pastor Wright. Badanie zaplecza towarzyskiego, czy zawodowego Obamy nie mieści się w ramach krótkiego w końcu felietonu, ale zaprowadzić mogłoby do mrocznych dość gabinetów prawniczych, które pracowały dla rozmaitego autoramentu indywidułów.
Barak Obama, to ideolog, który trafił teraz i tutaj na swój czas, na swój moment historyczny, kiedy stał się kamieniem milowym nie tylko jako pierwszy niebiały prezydent. Jego ambicje sięgają znacznie dalej. On chce przeorać ten kraj i zostawić go przerobionego na miarę ideologii, jaką reprezentuje. W jej ramach państwo ma być krztałtowane przez świadome swoich celów instutucje rządowe. A te instutucje mają za cel pilnować właściwego kierunku rozwoju. Oto w jednym zdaniu owa ideologia. My, ze wschodniej Europy wiemy, co to oznacza. I niech nikt nie łudzi się, że tu, w Ameryce to nie jest możliwe.
Kiedy słyszę kolejne informacje o pakietach stymulacyjnych, które mają rozruszać gospodarkę, staję się nerwowy. Nerwowość moja wzmaga się, kiedy słyszę i widzę szczegóły tego pakietu. Bilion dolarów do wydania na różne wątpliwego sensu cele społeczne. Oto błyskawiczna realizacja zapowiedzi jeszcze z kampanii, że będzie „lepiej“. Komentatorzy się pocieszali, że musi się owa retoryka złagodzić, że Obama jest pragmatykiem, który przesunie się do centrum. Otóż nie przesunie się do żadnego centrum.
Obama, jak przystało na rasowego lewicowca widzi w instytucjach państwowych ową omnipotencję, która jest lekarstwem na całe zło. Wypowiedzi ostatnich tygodni wskazywały na to dobitnie. Jeżeli nie uchwalimy pakietu – grzmiał prezydent – czekają nas mroki pogłębiającego się kryzysy, depresji, która nigdy się nie skończy.
Tytułem przypomnienia, bo niektórzy mają zbyt krótką pamięć: Ronald Reagan, kiedy obejmował urząd, odebrał od skandalicznie nieporadnego Cartera gospodarkę w następującym stanie: Inflacja powyżej 11%, bezrobocie około 15%, stopy procentowe powyżej 15%, a gospodarka przestała się rozwijać od co najmniej dwóch lat. Amerykanów ogarnęła apatia i brak wiary w przyszłość. I oto, jaki pakiet stymulacyjny przedstawił Reagan: zadeklarował, że rząd nie jest sposobem na kłopoty, ale jest przyczyną kłopotów oraz, że to w rękach samych obywateli – przedsiębiorców, pracowników, głów rodzin, ludzi mniejszych i większych jest ster tej wielkiej nawy, jaką jest gospodarka kraju.
Widzicie różnicę w tej retoryce? Obama twierdzi, że rząd musi naprawiać, Reagan że rząd potrafi tylko psuć. Obama utwierdza ludzi w przekonaniu, że jest beznadziejnie i że tylko władza może dać nadzieję. Reagan inspirował obywatelską dumę i wyzwalał energię do pracy, do działania.
W praworządnym państwie rząd prowadzony przez odpowiedzialnych liderów używa tylko dwóch narzędzi w oddziaływaniu na gospodarkę. Gdziekolwiek te bariery bywają przekroczone tam dzieje się szybszy lub wolniejszy proces erozji ludzkiej inicjatywy i psucie naturalnych procesów gospodarczych. Owe narzędzia to polityka podatkowa i polityka monetarna.
Państwo ma obowiązek stymulować gospodarcze tempo rozwoju kontrolując cenę pieniądza poprzez stopy procentowe i uważając, żeby ów rozwój nie popadł w stagnację z jednej strony albo w zbyt rozjuszony wzrost z drugiej. Państwo musi również dbać o finansowanie swoich celów z pieniędzy podatknika zważając, żeby nie zabierać więcej, niż jest absolutnie niezbędnie potrzebne.
Pakiet Obamy nie ma w sobie nic z tych rzeczy. To jest bilion dolarów wydany w przekonaniu, że gospodarka zaskoczy. Otóż nie zaskoczy. Choćby nie wiem jakie astronomiczne sumy miały być wydane na jakikolwiek cel, to nie będzie nic znaczyć. Z tej prostej przyczyny, że będzie to pojedyńczy „wlew“, który się rozejdzie po zakamarkach gospodarki, zapełni pewne niezbyt godziwe kieszenie i niebawem pociągnie za sobą dalsze miliardy i biliony. Dopóki ich starczy z podatniczych kontrybucji.
Co byłoby lepsze? Niczego rewelacyjnie nowego nie zaproponuję: Zamiast ogromniastego zastrzyku na raz, powinien być poszerzony stały strumień wydatków, oszczedności i inwestycji. Jedyny na to sposób, to obniżenie podatków i pozostawienie większych sum w kieszeniach nas wszystkich, którzy zarabiamy mało lub dużo, ale w wielomilionowej masie to właśnie my stanowimy ten impuls, za ktorym firmy się rozwijają, inwestują i zatrudniają innych takich jak my.
To powinno być okraszone odpowiednio niską stopą procentową, żeby koszt kredytu był niski i osładzał ryzyko inwestycji. I nie mniej ważne jest przypomnienie Amerykanom, że są narodem ludzi samodzielnych, samowystarczalnych i zdolnych do niewyobrażalnych wręcz osiągnięć. I to nie dlatego, że rząd im na to pozwala, ale dlatego, że im w tym nie przeszkadza.
Jeżeli Obamie się powiedzie plan, Amerykanie przemienią się z dynamicznego narodu, który był inspiracją dla świata w rewindykacyjną chołotę, która próbuje wyszarpnąć z ogólnego koryta jak najwięcej ochłapów.
Currently rated 3.0 by 3 people
- Currently 3/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Pierwsze tygodnie prezydentury to nieustanne dyskusje na temat kryzysu
gospodarczego. Choć, żeby być w zgodzie z faktami najlepiej będzie
unikać terminologii katastroficznej i raczej odnosić się do tego, co
dzieje się w gospodarce amerykańskiej jako recesji.
Wypowiedzi prezydenta w tej kwestii oraz osób z jego otoczenia są
znacznie bardziej dramatyczne: słyszymy o depresji porównywalnej a
nawet przekraczjącej rozmiarami Wielką Depresję z lat dwudziestych.
Słyszymy także wezwania do natychmiastowych działań rządu, bo w
przeciwnym razie gospodarka nigdy nie ruszy z miejsca.
We mnie te wypowiedzi i te wezwania budzą wielki niepokój. I to nie
dlatego, że lękam się konsekwencji zapaści ekonomicznej. Jakkolwiek
może to zabrzmieć, nie spędza mi snu z powiek świadomość tego, że
gospodarkę amerykanską i sporą część świata ogarnia gospodarcza
zadyszka.
Cóż, jestem bowiem świadomy natury gospodarki rynkowej, żeby nie
powiedzieć: wolnorynkowej. A natura ta polega na cykliczności. Cykl
jest nieodłącznym komponentem wolnej gospodarki i wynosi około 10 lat.
Po okresie wzrostu musi nastąpić spowolnienie. Jest ono nie tylko
nieuniknione, ale nawet pożyteczne. W czasie takiego zwolnienia, a
nawet recesji gospodarki oczyszczają się z tych uczestników życia
gospodarczego, którzy sobie nie radzą, których produkty i technologie
nie służą dalszemu rozwojowi. W takich okresach recesji znikają albo
ulegają przemianie całe branże. To wszystko w warunkach wolnej
gospodarki odbywa się samoczynnie i skutecznie.
Co natomiast pichcą nam prezydent i spora część Kongresu? Pakiet
stymulacyjny. Pakiet, w którym jest wszystko, tylko nie bodźce, które
mogą cokolwiek pobudzić. Wyjątkowo amatorsko, a nawet dyletancko w
kontekście tego pakietu brzmi wypowiedź prezydenta, który broni pakietu
przed zarzutami, iż jest on tylko listą wydatków socjalnych. Obama
mówi: „a czymże stymulacja ma być, jeżeli nie wydawaniem?“.
Panie prezydencie, stymulacja ma być wydawaniem, ale nie z kasy
państwowej, czyli podatnika, tylko z kieszeni konsumenta. Rzucenie
miliardów dolarow w ramach pakietu będzie miało jednorazowy efekt w
wybranych sektorach i skończy się powrotem do kokonu recesji.
Konsumenci nie będą wydawać, bo nie będą mieli z czego.
Luminarze, którzy przywołują program robót publicznych z lat Roosevelta
zapominają dodać, że tamten program w gruncie rzeczy zainicjowano już
po zakończeniu Wielkiej Depresji. Co zatem może stymulować rozwój? Ano
nie odkryję penicyliny, gdy powiem: są tylko dwie sfery, w których rząd
może efektywnie wpływać na rozwój ekonomiczny. To polityka monetarna,
czyli manipulowanie stopą procentową i polityka fiskalna, czyli
regulowanie stóp opodatkowania. Mieszanie się państwa w cokolwiek
innego zawsze kończy się źle.
W czasach trudnych państwo musi zmniejszać stopy procentowe, żeby
pieniądz był tańszy i kredyty łatwiej dostępne i musi zmniejszać
podatki, żeby konsumenci mieli co wydawać a firmy co inwestować. Zasada
prosta, jak kosntrukcja cepa, ale zbyt skomplikowana dla tych, którzy
szukają okazji do wykazania swojej ważności.
Currently rated 1.0 by 1 people
- Currently 1/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wraz z inauguracją nowego prezydenta sezon polityczny trwa w pelni i nie ma znaczenia jak długo Barak Obama pełni swój urząd. Znacznie ważniejsze jest od czego zaczął i w jaki sposob rozkłada akcenty w swoich wypowiedziach i zapowiedziach.
Wielu komentatorów – szczególnie tych sprzyjających Obamie – podkreśla, że to dopiero pierwsze dni i tygodnie prezydentury oraz, że w związku z tym nie należy kusić się o podsumowania i zbyt daleko idące oceny.
Hmm, czyżby? Ze wszech miar sympatyczny prezydent definiuje swoją prezydenturę od pierwszego dnia. Zwyczajowo wprawdzie daje mu się sto dni na stworzenie jakiegoś obrazu tego, co będzie się działo w trakcie jego kadencji, ale nikt nie może zabronić myślącej części społeczeństwa odnosić się do decyzji i zapowiedzi decyzji upublicznianych każdego praktycznie dnia.
Prezydent Obama zaczął od mocnego uderzenia; i to już pierwszego dnia urzędowania. Jednym pociągnięciem pióra podpisał decyzję o zamknięciu więzienia dla terorystów na Kubie. Wiadomość ta obiegła media i – co ciekawe, choć wcale nie niespodziewane – nie wzbudziła szerszej debaty w głównych ośrodkach opiniotwórczych. A szkoda.
Trzeba przecież pamiętać, że Stany znajdują się w stanie wojny z terroryzmem międzynarodowym. Wojna jest jak najbardziej gorąca i działania militarne dzieją się w różnych miejscach na świecie. Na Kubie osadzani są ci, których pochwycono na polu walki lub podczas likwidacji kryjówek terrorystów w Iraku, Afganistanie, Pakistanie i innych krajach. Nie są to przypadkowi aresztanci schwyceni podczas łapanek. Każdy z nich ma na sumieniu (w przypadku terrorystów to czysto teoretyczna formuła) jakiś udział w tym porażającym procederze. W Guantanamo siedzą terroryści, którzy marzą wyłącznie o jednym: zabijaniu.
I teraz prezydent Obama postanowił zlikwidować to więzienie. Nic nie wiadomo, co zrobić z trzymanymi tam więźniami. Są trzy opcje: można ich osadzić w więzieniach amerykańskich – i tu poddać procesowi według obowiązujących w Ameryce reguł kodeksu prawnego; można odesłać do krajów pochodzenia, żeby tam się z nimi procesowali; można też ich wypuścić wolno.
Zapewne w praktyce będziemy świadkami jakiejś formy mieszanki tych trzech ewentualności. I wcale nie jest moim zdaniem najgorsze to, że jakaś ich liczba znajdzie się na wolności i będzie podrzynać gardła następnym zakładnikom. Nota bene dziś nadeszła wiadomośc niepotwierdzona, ale jakże prawdopodobna o zamordowaniu w Pakistanie polskiego porwanego. Najgorsze jest to, że w świat islamski, który jest matecznikiem terroryzmu idzie sygnał, że Amerykanie „odpuszczają“. Amerykanie nie będą już starać się przechwytywać bandytów spod znaku półksiężyca, nie będą ich przesłuchiwać na okoliczność rozpoznania dalszych ogniw siatki, nie będą ich więzić i nękać w żaden sposób. Amerykanie „wymiękają“.
W wojnie nerwów taki sygnał oznacza tylko jedno: przyzwolenie na więcej. Na więcej zbrodni, na więcej porwań, na więcej wymuszeń. Wszystkie siły zła na świecie, których jest mnóstwo odkorkowują teraz szampana i święcą triumf. Nadchodzi ich czas. A nas, świat zachodni czeka kolejna, bolesna i zapewne bardzo kosztowna lekcja historii.
Currently rated 1.0 by 1 people
- Currently 1/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
To musi wracać jak bumerang, z niezawodną regularnością – tematyka klimatu w skali globalnej. Tzn: czy musi, tego nie jestem pewien – ale wraca. Co i raz z róznych trubyn i z różnych kierunków słyszy się słowa troski o przyszłość globu; ostatnio nawet ze stopni Kapitolu podczas ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta.
Zapobieganie “zmianom klimatycznym”, to ma być jeden z priorytetów tej prezydentury. Hmm, ciekawy jestem, jak Barack Obama sobie to wyobraża. Ciekawy jestem, jak jakikolwiek inny rzecznik eko-ideologii wyobraża sobie regulowanie czegoś takiego, jak procesy klimatyczne i to jeszcze w skali globalnej.
Cała retoryka o “zmianach klimatycznych” pomija w domyśle fakt, że na świecie nie ma jednego klimatu. Jest podział na klimaty w zakleżności od odległości od Równika, są klimaty w zależności od odległości od akwenów morskich, sa wreszcie klimaty lokalne, mikroklimaty. O jakich zmianach mówią eko-ideolodzy?
O co chodzi?
Nawet, jeżeli udałoby się udowodnić, że naświecie robi się cieplej, albo zimniej - to co z tego wynika? Czyżby arogancja ideologów od ekologii byłą aż tak dalece posunięta, że wierzą oni w możliwości wpływania człowieka na procesy naturalne? Czy to może naiwność? Czy może coś jeszcze innego?
Otóż, wydaje mi się, że to “coś innego”. Stare powiedzenie twierdzi, że – jeżeli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o forsę. Wielką forsę można zrobić albo ze względu na ciężką pracę i odpowiedni talent. Albo też mając wpływ na wielkie rzesze niezorientowanych, albo jeszcze lepiej zdezorientowanych wyznawców, którym uda się wmówić, że od ich jednostkowych drobnych uczynków, coś ważnego dzieje się w szerokiej skali.
Eko-ideolodzy dość skutecznie wyprali mózgi setkom milionów ludzi na zachodniej półkuli i teraz, zdaniem aspirujących do miana inteligenta, musimy używać mniej elektryczności, mniej spalać paliw, mniej produkować i mniej się rozwijać, żeby “uratować świat”.
Tym gorzej dla faktów
Tego mniemania nie są w stanie zmienić wypowiedzi niezależnych od eko-ideologii uczonych, którzy wypunktowują kilka bezlitosnych faktów. Jak choćby taki, że ludzkość generuje poniżej 2% dwutlenku węgla do atmosfery. I, nawet usunięcie ludzkości z planety nic znaczącego nie stanowiłoby dla blinansu tego gazu w przyrodzie. Ponadto, całkowitym fałszem jest jakoby CO2 było elementem zanieczyszczenia: To gaz niezbędny dla życia na ziemi. Rośliny żyją w oparciu o niego i tworza w wyniku fotosyntezy tlen, który jest niezbędny z kolei zwierzętom, w tym i nam.
Związki siarki, nad którymi wielkie larum podnoszą eko-szyści, albo eko-iści są również w nieporównanie większej mierze generowany przez naturę. Jeden wybuch wulkanu produkuje więcej związków siarki, niż cały przemysł na świecie. A na świecie właśnie nieustannie dymią setki, jeżeli nie tysiące czynnych wulkanów a corocznie kilka z nich bucha “pełną parą”. Przy wulkanach, ludzkie wysiłki przemysłowe są jedynie języczkiem u wagi”.
Dodatkowo, uczeni – ci niezależni, tłumaczą, że procesy klimatyczne oczywiście zachodzą z pewną dynamiką, ale trwają bardzo długo – przez tysiące, czasem dziesiątki tysięcy lat. Ich zaobserwowanie z naszej perspektywy jest praktycznie niemożliwe. Podonbie zresztą, jak i nasz na to wszystko wpływ.
Geolodzy badający niedawno lody Antarktydy dokopali się do głeboko położonych warstw, gdzie odnaleziono leżące tam od milionów lat resztki palm tropikalnych. Zresztą i bez tego śladu, wiadomo, że na ziemi klimat i temperatury zminiały się dramatycznie w penym cyklu. Natomiast umyka tak często naszej wuwadze to, że wtedy ludzie nie wpływali na klimat, bo najczęściej ich na ziemi nie było.
Kasa i wpływy – odwieczny motyw
O co więc chodzi eko-ideologom? Czy tylko o ideologię? Czy o szerzenie czegoś, co ubrdało im się w niedoważonych głowach? Twierdzę – zresztą pewnie nie do końca oryginalnie – że chodzi o wpływy oraz pieniądze. I to wielkie pieniądze; zresztą, bez troski o zwykłego obywatela świata.
Ekolodzy zyskują potężnego sprzymierzeńca w rolnictwie, a właściwie w rolniczym lobby. Cała histeria wokół biopaliw sprawia, że z mocy prawa (stanowionego pod naciskiem ekologów) paliwa w pojazdach muszą używać pewien procent paliwa roślinnego. Pomińmy fakt, że produkcja rolnicza i jej dalsze przetwarznie pochłania olbrzymie ilości energii i generuje te rzekomo szkodliwe produkty uboczne. Ważne jest to, że bez najmniejszej walki rynkowej, rolnictwo “upycha na rynku” tyle rzepaku, albo innej rośliny eleistej ile im się uda uchwalić w parlamencie.
Nieustanna propaganda ekologiczna dość skutecznie wzbudziła w ludziach – tych chcących uchodzić za osoby “na czasie” poczucie winy i potrzebę zadośćuczynienia. To jest nieograniczone pole do nadużyć finansowych wszelkiej maści: od pozwalania się opodatkowywać przez rządy opanowane przez eko-ideologów, poprzez pompowanie funduszy na rozmaite imprezy, jak twórczość filmowa, literacka, szeroko pojęta kultura.
Kultura, która spełnia funkcję jakiegoś megamisterium dla wyznawców eko-izmu i jest lukratywnym, tudzież łakomym kąskiem dla tych, którzy głoszą eko-prawdy z tarasów ich gustownych willi w Bevery Hills, kilkumiejscowych samolotów Learjet, czy 12 cylindrowych limuzyn, które z małym prawdopodobieństwem przemkną się wąskimi uliczkami przedmieść Mexico City, albo Sao Paolo. Tam ludzie są głodni, bo żywność jest za droga – produkcja rolnicza zaspokaja wielki eko-popyt na eko-paliwa i rolnikom nie opłaca się produkować taniej żywności, skoro mogą produkować drogie rośliny oleiste.
Czy ktoś potrafi wytłumaczyć powody, dla których nowy amerykański prezydent umieścił wśród priorytetów swojej prezydentury eko-troskę? W czyim to interesie? Tych z Beverly Hills, czy tych z obrzeży miast okołorównikowych? A może w jego własnym?
Currently rated 1.0 by 1 people
- Currently 1/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Po dłuższej przerwie blog wznawia działalność. Amerykański prezydent wybrany, emocje kampanijne za nami i można przerzucić zainteresowanie na Polskę. Tam też dzieją się rzeczy niezmiernie interesujące.
Lech Walęsa już od 25 lat jest noblistą. Myślę, że każdy z nas o wystarczająco długiej pamięci potrafi odtworzyć tę radość i dumę z faktu przyznania Wałęsie prestiżowej nagrody. Jego nagroda była “naszą” nagrodą, to było jakby uhonorowanie naszej, polskiej, niedopległościowej sprawy.
I oto od niedawna głośno, a od kilkunastu lat po cichu, mówi się o niejasnej, a wręcz dość mrocznej przeszłości najsłynniejszego elektryka Rzeczypospolitej. Postać TW Bolka próbowali wyciągnąć na światło dzienne przez długi czas dawni towarzysze strajkowi oraz związkowi Wałęsy. Wtedy, na początku lat 90-tych obrzucano ich natychmiast epitetami w stylu “oszołomy”. Dziś nie do końca przejrzystą biografię wodza Solidarności upowszechnili w końcu historycy IPN-u.
Publikacji tej od samego początku jej powstawania towarzyszyła debata medialna, w ramach której autorów dezawuowano w każdy możliwy sposób, a wokół Wałęsy tworzono częstokół, jak wokół zamku warownego.
Myślę, że kwestia: na ile Wałęsa jest nietykalnym symbolem ruchu niepodległościowego i antykomunistycznego jest otwarta. Jest to kwestia osobistgo poglądu i osobistej wrażliwości na symbolikę, zwłaszcza uosabianą tak, jak w tym przypadku.
Natomiast prawda historyczna domaga się swojego prawa do bytu zupełnie niezależnie. Prawda historyczna musi być poszukiwana i ujawniana. Niezależnie od kosztów emocjonalnych, czy nawet społecznych. Groteskowo brzmią retoryczne pytania obrońców Wałęsy: komu to potrzebne?
Otóż twierdzę, że to jest potrzebne historycznej świadomości Polaków. Jeżeli nie wolno nam znać prawdy o Wałęsie, to po co było zrzucać pomniki Dzierżyńskiego, czy Lenina. Komu to szkodziło, że funkcjonowali, jako symbole?
Dla mnie, ale i dla wielu innych Polaków niezmiernie istotna jest świadomość tego, że Lech Wałęsa współpracował z SB, że w niejasny sposób znalazł się w stoczni w sierpniu, że według zgodnych relacji – do końca niemal namawiał komitet strajkowy do zakończenia strajku. Dla mnie to ważne. I nie przeszkadza mi w tym to, że przez ponad 20 lat patrzyłem w niego, jak w obrazek.
Interesujące jest również i to, że Wałęsa nie potrafi się wobec zarzutów sensownie bronić. Gdy ostatnio wyszła na światło dzienne opowieść esbeka, jakoby Bolek nie miał nikogo skrzywdzić swoimi infromacjami, Wałęsa podważał wiarygodność relacjoi o nim tym, że autorzy napisali, iż esbek już nie żyje. Nie jest ważne, że on spotykał się z esbekiem - ważne, że esbek nagle “wstał z martwych”.
Smutne to, kiedy człowiek obdarzany nieograniczonym kredytem zaufania okazuje się małym agencikiem. Ale jeszcze smutniejsze jest to, że nie potrafi z godnością przyznać się do swojej przeszłości i dla ratowania swojej reputacji odwołuje się do zagranicznych autorytetów. Tak stało się przy okazji tej rocznicy. Pomijam już dziwaczny pomysł obchodzenia rocznicy przyznania nagrody. Ale owa feta z udziałem Dalaj Lamy, czy nawet prezydenta Francji, to zabieg socjotechniczny obliczony na odnowienie nadszarpniętej reputacji. Czy uciekanie się do takich sztuczek godzi się Wałęsie, którego podziwialiśmy i którego kochaliśmy?
Uważam, że się nie godzi. Jeżeli nie był agentem, powinien być w stanie odeprzeć oskarżenia . Skoro był, powinien zniknąć z życia publicznego. Wtedy ocaliłby resztki godności. A tak, trzymając się kurczowo blasku i aureoli wygląda groteskowo. I na dodatek, kpi z nas.
Currently rated 1.0 by 1 people
- Currently 1/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
No dobrze, więc przyznaję, że się pomyliłem, a raczej nie doceniłem Obamy – zgoda, nie jest on niechętny prezydenturze. Choć nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, że się do tego nie nadaje. Ale to już inna sprawa.
Mam natomiast wątpliwości, czy McCain jest entuzjastycznie nastawiony do możliwości patrzenia na świat z perspektywy owalnego pokoju. Może to kwestia wieku, może czegoś innego, ale jego kampania ostatnich kilku tygodni, kilka wypowiedzi i w ogóle jakaś miałkość w poczynaniach senatora z Arizony budzą wątpliwość w szczere zamiary przejęcia rządów z rąk prezydenta Busha.
Chyba nigdy się do tej pory nie zdarzyło w kampaniach prezydenckich w Ameryce, żeby jeden z ubiegających się mówił o drugim, że tamten będzie świetnym prezydentem. Na te słowa uczestnicy wiecu zabuczeli jak na zawołanie. Przedtem jeszcze przy różnych okazjach podkreślał swoje uznanie dla Obamy. Całokształt kampanii McCaina sprawia chwilami wrażenie, że jest on emisariuszem swojego oponenta.
Cóż, dla mnie, konserwatysty zwycięstwo McCaina w prawyborach nie było wymarzonym. Mnie się wydawał od początku najsłabszym ze stawki. Dlaczego wygrał? Cóż, to już tajemnica polityki amerykańskiej, która chodzi sobie tylko znanymi ścieżkami. Tak jak rozumowanie amerykańskiego wyborcy. O ileż sytuacja byłaby jaśniejsza, gdyby w St.Paul nominowano zamiast niego np. Freda Thompsona, człowieka o świetnej reputacji, jednolitych poglądach i mocnym charakterze. Ale jemu się nie chciało już w połowie prawyborów.
Albo Mit Romney – sprawdzony przywódca w biznesie, gubernator stanu, Człowiek zmotywowany i o wysokich kwalifikacjach moralnych. Niektórzy wskazaliby na Rona Paula. W tym miejscu powiem tylko, że człowiek, który pozycję geopolityczną Ameryki definiuje tak samo, jak Ojcowie Założyciele ponad 200 lat temu bardziej nadaje się do muzeum, jako eksponat, niż do polityki. W muzeum byłby mniej szkodliwy.
Więc jest jak jest. Ponieważ wielu się nie chce, a inni nie potrafią - Ameryka pewnie będzie miała pierwszego czarnego prezydenta. I zapewniam wszystkich, że nie kolor skóry mi nie odpowiada. Obiema rękami glosowałbym na Charlesa Steele’a, albo Condi Rice. Ale tym też się nie chce.
Currently rated 5.0 by 1 people
- Currently 5/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Więc mamy uchwalony amerykański pakiet ratunkowy dla sektora bankowego. Wasztngtońskie szarady zakończyły się przyjęciem programu. I tylko jakoś nie widać entuzjazmu ani oczekiwanej radosnej reakcji środowisk finansowych działających na nowojorskiej gieldzie. Prezydent niezwłocznie zapowiedział Amerykanom, że program naprawczy nie jest działaniem natychmiastowym i trzeba na efekty poczekać. W telewizorach pojawiły się gądające glowy, które jak jeden mąż wyrażają zadowolenie, że “coś zostało zrobione”. W ogóle może się wydawać, że mantrą na dzisiaj jest owo ”coś należy zrobić”. Jak się nie wie, co konkretnie należy w jakiejś sytuacji zrobić, to lepiej nie robić nic. Zwłaszcza zgorpodarką.
Myśle, że bardzo nie wczas zdarzył się ten dołek giełdowy i towarzyszacy nu zastój na rynkach fifansowych. Bardzo nie w czas. Zbyt blisko wyborów. Musiało się to stać nieuchronnie politycznym zagadnieniem numer jeden. Musiało. Bo tak naprawdę, czy jest tak dramatycznie jak nam mówią - spójrzmy na to spokojnie ze zdrowego dystansu.
Prawda, że wskaźnik Dow Jones spadł któregoś dnia o 777 punktów (nota bene jaka wieszczbna ta liczba…). Już podniosły się wrzaski, że jeszcze o tyle punktów nie stracił wskaźnik nigdy. No i co z tego, skoro procentowo, ten spadek stanowi około 7%, podczas, gdy zapad z końca lat 20-tych był bliski 30%. Tym bardziej nie widzę powodów do masowych samobójstw, że DJ skacze w górę i w dół co kilka dni, co w Wielkiej Depresji nie miało miejsca i na przestrzeni kilku lat utrzymywał się spadek przecinany stagnacją.
Ktoś, kto nerwowo przegląda zestawienia swoich inwestycji, funduszów itp, powinien mieć pewien niepokój tylko w sytuacji, gdy jest emerytem i zauważa, jak mu pula się kurczy, bo wypłaty wyższe, niż przybór procentu. Pozostali powinni być ogromnie rozradowani, bo teraz jest doskonały czas do inwestowania. Wartości akcji są niskie, ceny jednostek inwestycyjnych również. Nic, tylko inwestować. Dzisiejsi spryciarze będą największymi wygranymi, gdy bessa odejdzie.
Prawda też, że rynek pożyczek nieruchomościowych dostał zadyszki i prawda, że źle się w tej branży działo od lat. Ale po pierwsze, liczba tzw złych (czyli nieściągalnych) pożyczek to zaledwie 2%całego rynku, a po drugie nietrudno wskażać winnych rozpasania pożyczkowego i ich ukarać. To sprawa bardziej kryminalna, albo konstytucyjna, niż ekonomiczna.
Wraz z pakietem pomocowym rząd (na obu końcach Pennsylvania Avenue) podjął ogromne ryzyko. Sama kwota – choć duża – nie jest znaczącym ubytkiem z budżetu. Natomiast chodzi o zasadę wolnego rynku oraz więzią między prowadzeniem interesów i ponoszeniem konsekwencji (miłych lub niemiłych). Raz zerwana, nie daje się z powrotem połatać. Gospodarka zaczyna ginąć.
Ten pakiet służy niezwykle krótkookresowym interesom polityków, którzy ubiegają się o wybór. Stąd zapewne reakcja Wall Street nie była w piątek entuzjastyczna, odntowano dalszy spadek. Dlaczego? Otóż fachowcy wiedzą o co chodzi. Oni znają proporcje tego, co się na rynku dzieje I wiedzą, że marne 700 mld niczego nie zmieni, a co najwyżej pogorszy sytuację, bo tak naprawdę nie zlikwidowania źródla problemu.
Szkoda, że nikt tego nie powiedział nie tak znowu światłym liderom Kongresu. I również szkoda, że politycy cierpią na ostry zanik cech przywódczych. W znacznej mierze wolą podążać za codziennymi sondażami, zamiast prowadzić naród na nowe wyzwania. To był właśnie moment do wykazania się odwagą polityczną, która zawsze sprowadza się do podejmowania niepopularnych decyzji. Średniactwo nami rządzi
Currently rated 4.0 by 2 people
- Currently 4/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5

September 27, 2008 15:45 by
tomaszp
Na miesiąc przed wyborami gospodarka amerykańska znalazła się w nie lada zadyszce. Być może nawet zadyszka nie jest odpowiednio mocnym określeniem dla oddania sytuacji. Przeciętny Amerykanin zachodzi w głowę: jeszcze przed kilkoma miesiącami mówiło się o „solidnych podstawach“! O co więc chodzi? Kto winien? I kto ma to naprawiać?
Przeciętnemu Amerykaninowi kondycja gospodarcza kojarzy się z ruchami na parkietach giełd, w szczególności tej nowojorskiej. To miara reprezentatywna, choć wielce ograniczona. Ograniczona dlatego, że w wielu przypadkach notowania ryków finansowych są efektem negatywnych procesów ekonomicznych, których rodzenie się możnaby obserwować gdzie indziej, niż na samej giełdzie. Na przykład w analizach mikroekonomicznych. Te pokazują procesy i tendencje w wycinkach gospodarki narodowej.
Amerykańska gospodarka opiera się na kilku filarach, których krzepkość decyduje o całej reszcie. Jednym z nich jest rynek nieruchomości. Duża liczba budowanych, a co ważniejsze sprzedanych domów, to odpowiednio duży popyt na sprzedaż wszystkiego, co do domu potrzeba. To wszystko jest obsługiwane przez sektor bankowy, który pożycza na to pieniądze.
Dla każdego normalnego konsumenta, pożyczanie pieniędzy na cokolwiek wiąże się z koniecznością zwracania kredytów w ratach. Ludzka natura jest jednak taka, że im niższa poprzeczka przy przyznawaniu pożyczek, tym słabsze opory przeciw ich zaciąganiu.“No income mortgage“, „No income loan“ – oto dezynteria, która toczyła tutejszy system finansowy od dobrych 10 lat. Wtedy, za kadencji prez. Clintona zaczęła obowiązywać państwowa doktryna łatwych kredytów, które umożliwią milionom ludzi posiadanie własnego domu. I tak się stało. Z tym, że do domów wprowadzili się ludzie, którzy nie powinni wyjść z mieszkań wynajmowanych. Nie mieli żadnej zdolności kredytowej.
Ten skandaliczny proceder wspierały i gwarantowały super korporacje bankowe działającae pod kontrolą federalną: Fanny Mae i Freddy Mac. To musiało paść. Dziwne, że nie zaczęto bić na alarm i robić coś zanim niewypłacalność najsłabszych pożyczkobiorców i banków komercyjnych, detalicznych sparaliżowała system. A sparaliżowała: teraz nie ma kapitału, z którego można udzielać nawet dobrych pożyczek. Rynek stoi. Firmy, które potrzebują pieniędzy na codzienne funkcjonowanie są jakby bez tlenu. Cały, wielki system – zagrożony zapaścią.
Winnych jest wielu. Administracja poprzedniego prezydenta – z całą pewnością. Ale nie tylko. Rozluźnione reguły przyznawania pożyczek wprowadził i zatwierdził Kongres. A tam w połowie lat 90tych panowali republikanie. Pojedyncze głosy protestu i kasandryczne przepowiednie, choć przynoszą chwałę i satysfakcję ich autorom, nie miały żadnego znania. Splątanie sieciami interesów doraźnych i partykularnych sprawiło, że pokusa była zbyt silna, zeby jej się oprzeć.
A teraz liderzy w Waszyngtonie chojni publicznym groszem chcą to ratować kosztem 700 miliardów. Mówi się: tylko to może dać zastrzyk upadłemu systemowi, żeby znów zaczął działać. Inni widzą w tym zbyt wielkie ryzyko dla podatnika.
Benjamin Franklin wymyślił kiedyś prosty sposób na ocenę konsekwencji decyzji. Jeżeli plusów jest więcej niż minusów – decyzję przyjmujemy, jeżeli odwrotnie – odrzucamy.
Zobaczmy więc. Wydanie 700 miliardów dla ratowania sytuacji da na plus doraźne, na teraz ożywienie rynku pożyczek. Upadłości banków mogą zostać zażegnane, eksmisje odroczone. I właściwie to tyle. Co może przynieść obok tego na minus?
Hmm, po pierwsze dalsze obciążenie budżetu długiem publicznym, co przyszłym – dalszym i bliskim pokoleniom odbierze możliwość jego wydawania na bieżące potrzeby. Po drugie, utrwala chorą strukturę, w ramach której rząd federalny ingeruje poprzez wyżej wspomniane instytucje w rynek finansowy i podtrzymuje patologie. Po trzecie i może najważniejsze, powstaje konsekwencja psychologiczna, która zamazuje związek między działalnością biznesową i ryzykiem. Związek, który od zawsze regulował procesami ekonomicznymi. W jego ramach, sukces, czyli zysk osiągał ten, kto potrafił dobrze skalkulować ryzyko i zarobił na działalności więcej, niż za nią zapłacił. Teraz się okazuje, że zarobić można na samym procesie, zanim rynek go zweryfikuje przez wyszarpnięcie „kasy“ z państwowej skarbony.
To prosta recepta na upadek, z którego długo się nie podniesie Ameryka, a z nią reszta świata. Franklin powiedziałby: rachunek jest prosty – trzy do jednego na „nie“. Z jakiegoś powodu Biały Dom i wzgórze kapitolińskie nie biorą tego pod uwagę. Każdy ze swojego. Prezydent próbuje ratować swoje dziedzictwo, a kongresmani i senatorowie walczą o ponowny wybór na stołki. Gdzie podzieli się przywódcy z wizją, odwagą cywilną, troską o dobro publiczne i uczciwością?
Currently rated 2.0 by 2 people
- Currently 2/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5

September 25, 2008 01:20 by
tomaszp
Obama nie chce być prezydentem. Obserwuję go przez tę kampanię i jestem zdumiony sukcesem, który jest jego udziałem – chyba nie bardziej, niż on sam. Cała historia jego wywindowania do nominacji partyjnej jest jak z nienajlepszej, ale ciekawie się czytającej powieści. Trochę podobnie, jak w “Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego.
Oto jest człowiek, którego okoliczności, a nie jego własne osiągnięcia, wizja, wola i starania wyniosły na szczyty. Okoliczności bywają różne, ale wszystkie one mają tę wspólną cechę, że są niezależne od samego zainteresowanego. U Kosińskiego tymi okolicznościami były mroczne kręgi tajemniczych macherów, którzy rządzą spoza kulis. W przypadku Obamy to kolor jego skóry i atmosfera oczekiwania na spektakularną przemianę, cokolwiek by ona miała oznaczać. Oczekiwanie, które żywi spora, jeżeli nie przeważająca część wyborców partii demokratycznej. Oni dokonują wyborów, jak pięciolatek,któremu znudziło się oglądanie bajeczki – teraz chciałby pobawić się zapałkami.
A więc, rację miała Geraldine Ferraro, gdy w czasie prawyborów śmiała wyrazić opinię, że gdyby Obama był biały– nigdy nie zaszedłby tak daleko. Tylko politycznie poprawni troglodyci mogą mieć jej to za złe. Rzut oka na resume Obamy pokazuje wyraźnie, że nie ma tam nic, co wskazywałoby na jakiekolwiek przywódcze czy choćby kierownicze inklinacje. Ponadto, 95% czarnych Amerykanów głosuje na niego i deklaruje poparcie. W normalnej społeczności nie ma nigdy, w żadnej sprawie jednomyślności. Więc, jeżeli gdzieś się pojawia – oznacza to ksenofobię. Więc kolor skóry i ksenofobia plus polityczna poprawność wyborców partii demokratycznej - oto okoliczności, które stworzyły Obamę - kandydata na prezydenta.
Obama to wie, jest w sumie bardzo inteligentnym człowiekiem. On wie też, że nie staje mu kwalifikacji do rządzenia krajem. Tym krajem. Może gdzieś indziej… Ale nie tu. Obama nie potrafi zamanifestować jakichkolwiek stałych poglądów, których umiałby przekonująco bronić. Zmienia je równie często, co przed czterema laty Kerry. Źle czuje się bez telepromptera. Występując spontanicznie gubi myśli i nie wie co powiedzieć. Zupełnie inaczej, niż obecny prezydent, który w czasie oficjalnych spotkań zastyga, jak sarna w światłach reflektorów, a w luźnych tzw. Town Hall meetings jest elokwentny, rozluźniony i wymowny.
Obama jest świadom swoich braków. Staje teraz wobec historycznej chwili – swojej życiowej, ale i amerykańskiej. On nie chce zostać w świadomości historycznej tym pierwszym, który poniósł porażkę,którego nieporadność będzie tematem kawałów przez następne 300 lat. Dlatego na wiceprezydenckiego kandydata obrał Bidena – człowieka starego establishmentu,który ma się do hasła “przemiana” tak, jak wół do karety. Dlatego Obama nie stroni od skrajnych poglądów i zapowiedzi decyzji, które są w Ameryce nie do przyjęcia. Nie, Obama nie chce być prezydentem. Jego żona chce Białego Domu; on nie.
Czego więc chce? Otóż on chce przegrać te wybory w aureoli męczennika. Patrzcie – nie wybrali mnie, bo Ameryka jest wciąż ksenofobiczna, rasistowska. Tu nie widzi się człowieka, ale jego kolor – oto kwintesencja retoryki, jaką niechybnie będziemy słyszeli od niego po wyborach. Obama chce przegrać, bo wtedy stanie się wygranym. W ramach tego paradoksu znajdzie się w komfortowej sytuacji lidera nowego pokolenia czarnoskórych Amerykanów. Z wystarczającą ogładą, żeby być bardziej atrakcyjnym, niż Sharpton, czy Jackson, ale też wystarczająco radykalnym, żeby nieść sztandar zwycięstwa po Malcolmie X.
Currently rated 2.8 by 4 people
- Currently 2.75/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5