To musi wracać jak bumerang, z niezawodną regularnością – tematyka klimatu w skali globalnej.  Tzn: czy musi, tego nie jestem pewien – ale wraca. Co i raz z róznych trubyn i z różnych kierunków słyszy się słowa troski o przyszłość globu; ostatnio nawet ze stopni Kapitolu podczas ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta.
Zapobieganie “zmianom klimatycznym”, to ma być jeden z priorytetów tej prezydentury. Hmm, ciekawy jestem, jak Barack Obama sobie to wyobraża. Ciekawy jestem, jak jakikolwiek inny rzecznik eko-ideologii wyobraża sobie regulowanie czegoś takiego, jak procesy klimatyczne i to jeszcze w skali globalnej.
Cała retoryka o “zmianach klimatycznych” pomija w domyśle fakt, że na świecie nie ma jednego klimatu. Jest podział na klimaty w zakleżności od odległości od Równika, są klimaty w zależności od odległości od akwenów morskich, sa wreszcie klimaty lokalne, mikroklimaty. O jakich zmianach mówią eko-ideolodzy?
O co chodzi?
Nawet, jeżeli udałoby się udowodnić, że naświecie robi się cieplej, albo zimniej - to co z tego wynika? Czyżby arogancja ideologów od ekologii byłą aż tak dalece posunięta, że wierzą oni w możliwości wpływania człowieka na procesy naturalne? Czy to może naiwność? Czy może coś jeszcze innego?
Otóż, wydaje mi się, że to “coś innego”. Stare powiedzenie twierdzi, że – jeżeli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o forsę. Wielką forsę można zrobić albo ze względu na ciężką pracę i odpowiedni talent. Albo też mając wpływ na wielkie rzesze niezorientowanych, albo jeszcze lepiej zdezorientowanych wyznawców, którym uda się wmówić, że od ich jednostkowych drobnych uczynków, coś ważnego dzieje się w szerokiej skali.
Eko-ideolodzy dość skutecznie wyprali mózgi setkom milionów ludzi na zachodniej półkuli i teraz, zdaniem aspirujących do miana inteligenta, musimy używać mniej elektryczności, mniej spalać paliw, mniej produkować i mniej się rozwijać, żeby “uratować świat”.
Tym gorzej dla faktów
Tego mniemania nie są w stanie zmienić wypowiedzi niezależnych od eko-ideologii uczonych, którzy wypunktowują kilka bezlitosnych faktów. Jak choćby taki, że ludzkość generuje poniżej 2% dwutlenku węgla do atmosfery. I, nawet usunięcie ludzkości z planety nic znaczącego nie stanowiłoby dla blinansu tego gazu w przyrodzie. Ponadto, całkowitym fałszem jest jakoby CO2 było elementem zanieczyszczenia: To gaz niezbędny dla życia na ziemi. Rośliny żyją w oparciu o niego i tworza w wyniku fotosyntezy tlen, który jest niezbędny z kolei zwierzętom, w tym i nam.
Związki siarki, nad którymi wielkie larum podnoszą eko-szyści, albo eko-iści są również w nieporównanie większej mierze generowany przez naturę. Jeden wybuch wulkanu produkuje więcej związków siarki, niż cały przemysł na świecie. A na świecie właśnie nieustannie dymią setki, jeżeli nie tysiące czynnych wulkanów a corocznie kilka z nich bucha “pełną parą”. Przy wulkanach, ludzkie wysiłki przemysłowe są jedynie języczkiem u wagi”.
Dodatkowo, uczeni – ci niezależni, tłumaczą, że procesy klimatyczne oczywiście zachodzą z pewną dynamiką, ale trwają bardzo długo – przez tysiące, czasem dziesiątki tysięcy lat. Ich zaobserwowanie z naszej perspektywy jest praktycznie niemożliwe. Podonbie zresztą, jak i nasz na to wszystko wpływ.
Geolodzy badający niedawno lody Antarktydy dokopali się do głeboko położonych warstw, gdzie odnaleziono leżące tam od milionów lat resztki palm tropikalnych. Zresztą i bez tego śladu, wiadomo, że na ziemi klimat i temperatury zminiały się dramatycznie w penym cyklu. Natomiast umyka tak często naszej wuwadze to, że wtedy ludzie nie wpływali na klimat, bo najczęściej ich na ziemi nie było.
Kasa i wpływy – odwieczny motyw
O co więc chodzi eko-ideologom? Czy tylko o ideologię? Czy o szerzenie czegoś, co ubrdało im się w niedoważonych głowach? Twierdzę – zresztą pewnie nie do końca oryginalnie – że chodzi o wpływy oraz pieniądze. I to wielkie pieniądze; zresztą, bez troski o zwykłego obywatela świata.
Ekolodzy zyskują potężnego sprzymierzeńca w rolnictwie, a właściwie w rolniczym lobby. Cała histeria wokół biopaliw sprawia, że z mocy prawa (stanowionego pod naciskiem ekologów) paliwa w pojazdach muszą używać pewien procent paliwa roślinnego. Pomińmy fakt, że  produkcja rolnicza i jej dalsze przetwarznie pochłania olbrzymie ilości energii i generuje te rzekomo szkodliwe produkty uboczne. Ważne jest to, że bez najmniejszej walki rynkowej, rolnictwo “upycha na rynku” tyle rzepaku, albo innej rośliny eleistej ile im się uda uchwalić w parlamencie.
Nieustanna propaganda ekologiczna dość skutecznie wzbudziła w ludziach – tych chcących uchodzić za osoby “na czasie” poczucie winy i potrzebę zadośćuczynienia. To jest nieograniczone pole do nadużyć finansowych wszelkiej maści: od pozwalania się opodatkowywać przez rządy opanowane przez eko-ideologów, poprzez pompowanie funduszy na rozmaite imprezy, jak twórczość filmowa, literacka, szeroko pojęta kultura.
Kultura, która spełnia funkcję jakiegoś megamisterium dla wyznawców eko-izmu i jest lukratywnym, tudzież łakomym kąskiem dla tych, którzy głoszą eko-prawdy z tarasów ich gustownych willi w Bevery Hills, kilkumiejscowych samolotów Learjet, czy 12 cylindrowych limuzyn, które z małym prawdopodobieństwem przemkną się wąskimi uliczkami przedmieść Mexico City, albo Sao Paolo. Tam ludzie są głodni, bo żywność jest za droga – produkcja rolnicza zaspokaja wielki eko-popyt na eko-paliwa i rolnikom nie opłaca się produkować taniej żywności, skoro mogą produkować drogie rośliny oleiste.
Czy ktoś potrafi wytłumaczyć powody, dla których nowy amerykański prezydent umieścił wśród priorytetów swojej prezydentury eko-troskę? W czyim to interesie? Tych z Beverly Hills, czy tych z obrzeży miast okołorównikowych? A może w jego własnym?