Na miesiąc przed wyborami gospodarka amerykańska znalazła się w nie lada zadyszce. Być może nawet zadyszka nie jest odpowiednio mocnym określeniem dla oddania sytuacji. Przeciętny Amerykanin zachodzi w głowę: jeszcze przed kilkoma miesiącami mówiło się o „solidnych podstawach“! O co więc chodzi? Kto winien? I kto ma to naprawiać?
Przeciętnemu Amerykaninowi kondycja gospodarcza kojarzy się z ruchami na parkietach giełd, w szczególności tej nowojorskiej. To miara reprezentatywna, choć wielce ograniczona. Ograniczona dlatego, że w wielu przypadkach notowania ryków finansowych są efektem negatywnych procesów ekonomicznych, których rodzenie się możnaby obserwować gdzie indziej, niż na samej giełdzie. Na przykład w analizach mikroekonomicznych. Te pokazują procesy i tendencje w wycinkach gospodarki narodowej.
Amerykańska gospodarka opiera się na kilku filarach, których krzepkość decyduje o całej reszcie. Jednym z nich jest rynek nieruchomości. Duża liczba budowanych, a co ważniejsze sprzedanych domów, to odpowiednio duży popyt na sprzedaż wszystkiego, co do domu potrzeba. To wszystko jest obsługiwane przez sektor bankowy, który pożycza na to pieniądze.
Dla każdego normalnego konsumenta, pożyczanie pieniędzy na cokolwiek wiąże się z koniecznością zwracania kredytów w ratach. Ludzka natura jest jednak taka, że im niższa poprzeczka przy przyznawaniu pożyczek, tym słabsze opory przeciw ich zaciąganiu.“No income mortgage“, „No income loan“ – oto dezynteria, która toczyła tutejszy system finansowy od dobrych 10 lat. Wtedy, za kadencji prez. Clintona zaczęła obowiązywać państwowa doktryna łatwych kredytów, które umożliwią milionom ludzi posiadanie własnego domu. I tak się stało. Z tym, że do domów wprowadzili się ludzie, którzy nie powinni wyjść z mieszkań wynajmowanych. Nie mieli żadnej zdolności kredytowej.
Ten skandaliczny proceder wspierały i gwarantowały super korporacje bankowe działającae pod kontrolą federalną: Fanny Mae i Freddy Mac. To musiało paść. Dziwne, że nie zaczęto bić na alarm i robić coś zanim niewypłacalność najsłabszych pożyczkobiorców i banków komercyjnych, detalicznych sparaliżowała system. A sparaliżowała: teraz nie ma kapitału, z którego można udzielać nawet dobrych pożyczek. Rynek stoi. Firmy, które potrzebują pieniędzy na codzienne funkcjonowanie są jakby bez tlenu. Cały, wielki system – zagrożony zapaścią.
Winnych jest wielu. Administracja poprzedniego prezydenta – z całą pewnością. Ale nie tylko. Rozluźnione reguły przyznawania pożyczek wprowadził i zatwierdził Kongres. A tam w połowie lat 90tych panowali republikanie. Pojedyncze głosy protestu i kasandryczne przepowiednie, choć przynoszą chwałę i satysfakcję ich autorom, nie miały żadnego znania. Splątanie sieciami interesów doraźnych i partykularnych sprawiło, że pokusa była zbyt silna, zeby jej się oprzeć.
A teraz liderzy w Waszyngtonie chojni publicznym groszem chcą to ratować kosztem 700 miliardów. Mówi się: tylko to może dać zastrzyk upadłemu systemowi, żeby znów zaczął działać. Inni widzą w tym zbyt wielkie ryzyko dla podatnika.
Benjamin Franklin wymyślił kiedyś prosty sposób na ocenę konsekwencji decyzji. Jeżeli plusów jest więcej niż minusów – decyzję przyjmujemy, jeżeli odwrotnie – odrzucamy.
Zobaczmy więc. Wydanie 700 miliardów dla ratowania sytuacji da na plus doraźne, na teraz ożywienie rynku pożyczek. Upadłości banków mogą zostać zażegnane, eksmisje odroczone. I właściwie to tyle. Co może przynieść obok tego na minus?
Hmm, po pierwsze dalsze obciążenie budżetu długiem publicznym, co przyszłym – dalszym i bliskim pokoleniom odbierze możliwość jego wydawania na bieżące potrzeby. Po drugie, utrwala chorą strukturę, w ramach której rząd federalny ingeruje poprzez wyżej wspomniane instytucje w rynek finansowy i podtrzymuje patologie. Po trzecie i może najważniejsze, powstaje konsekwencja psychologiczna, która zamazuje związek między działalnością biznesową i ryzykiem. Związek, który od zawsze regulował procesami ekonomicznymi. W jego ramach, sukces, czyli zysk osiągał ten, kto potrafił dobrze skalkulować ryzyko i zarobił na działalności więcej, niż za nią zapłacił. Teraz się okazuje, że zarobić można na samym procesie, zanim rynek go zweryfikuje przez wyszarpnięcie „kasy“ z państwowej skarbony.
To prosta recepta na upadek, z którego długo się nie podniesie Ameryka, a z nią reszta świata. Franklin powiedziałby: rachunek jest prosty – trzy do jednego na „nie“. Z jakiegoś powodu Biały Dom i wzgórze kapitolińskie nie biorą tego pod uwagę. Każdy ze swojego. Prezydent próbuje ratować swoje dziedzictwo, a kongresmani i senatorowie walczą o ponowny wybór na stołki. Gdzie podzieli się przywódcy z wizją, odwagą cywilną, troską o dobro publiczne i uczciwością?