Pierwsze tygodnie prezydentury to nieustanne dyskusje na temat kryzysu gospodarczego. Choć, żeby być w zgodzie z faktami najlepiej będzie unikać terminologii katastroficznej i raczej odnosić się do tego, co dzieje się w gospodarce amerykańskiej jako recesji.
Wypowiedzi prezydenta w tej kwestii oraz osób z jego otoczenia są znacznie bardziej dramatyczne: słyszymy o depresji porównywalnej a nawet przekraczjącej rozmiarami Wielką Depresję z lat dwudziestych. Słyszymy także wezwania do natychmiastowych działań rządu, bo w przeciwnym razie gospodarka nigdy nie ruszy z miejsca.
We mnie te wypowiedzi i te wezwania budzą wielki niepokój. I to nie dlatego, że lękam się konsekwencji zapaści ekonomicznej. Jakkolwiek może to zabrzmieć, nie spędza mi snu z powiek świadomość tego, że gospodarkę amerykanską i sporą część świata ogarnia gospodarcza zadyszka.
Cóż, jestem bowiem świadomy natury gospodarki rynkowej, żeby nie powiedzieć: wolnorynkowej. A natura ta polega na cykliczności. Cykl jest nieodłącznym komponentem wolnej gospodarki i wynosi około 10 lat. Po okresie wzrostu musi nastąpić spowolnienie. Jest ono nie tylko nieuniknione, ale nawet pożyteczne. W czasie takiego zwolnienia, a nawet recesji gospodarki oczyszczają się z tych uczestników życia gospodarczego, którzy sobie nie radzą, których produkty i technologie nie służą dalszemu rozwojowi. W takich okresach recesji znikają albo ulegają przemianie całe branże. To wszystko w warunkach wolnej gospodarki odbywa się samoczynnie i skutecznie.
Co natomiast pichcą nam prezydent i spora część Kongresu? Pakiet stymulacyjny. Pakiet, w którym jest wszystko, tylko nie bodźce, które mogą cokolwiek pobudzić. Wyjątkowo amatorsko, a nawet dyletancko w kontekście tego pakietu brzmi wypowiedź prezydenta, który broni pakietu przed zarzutami, iż jest on tylko listą wydatków socjalnych. Obama mówi: „a czymże stymulacja ma być, jeżeli nie wydawaniem?“.
Panie prezydencie, stymulacja ma być wydawaniem, ale nie z kasy państwowej, czyli podatnika, tylko z kieszeni konsumenta. Rzucenie miliardów dolarow w ramach pakietu będzie miało jednorazowy efekt w wybranych sektorach i skończy się powrotem do kokonu recesji. Konsumenci nie będą wydawać, bo nie będą mieli z czego.
Luminarze, którzy przywołują program robót publicznych z lat Roosevelta zapominają dodać, że tamten program w gruncie rzeczy zainicjowano już po zakończeniu Wielkiej Depresji. Co zatem może stymulować rozwój? Ano nie odkryję penicyliny, gdy powiem: są tylko dwie sfery, w których rząd może efektywnie wpływać na rozwój ekonomiczny. To polityka monetarna, czyli manipulowanie stopą procentową i polityka fiskalna, czyli regulowanie stóp opodatkowania. Mieszanie się państwa w cokolwiek innego zawsze kończy się źle.
W czasach trudnych państwo musi zmniejszać stopy procentowe, żeby pieniądz był tańszy i kredyty łatwiej dostępne i musi zmniejszać podatki, żeby konsumenci mieli co wydawać a firmy co inwestować. Zasada prosta, jak kosntrukcja cepa, ale zbyt skomplikowana dla tych, którzy szukają okazji do wykazania swojej ważności.