Wraz z inauguracją nowego prezydenta sezon polityczny trwa w pelni i nie ma znaczenia jak długo Barak Obama pełni swój urząd. Znacznie ważniejsze jest od czego zaczął i w jaki sposob rozkłada akcenty w swoich wypowiedziach i zapowiedziach.
Wielu komentatorów – szczególnie tych sprzyjających Obamie – podkreśla, że to dopiero pierwsze dni i tygodnie prezydentury oraz, że w związku z tym nie należy kusić się o podsumowania i zbyt daleko idące oceny.
Hmm, czyżby? Ze wszech miar sympatyczny prezydent definiuje swoją prezydenturę od pierwszego dnia. Zwyczajowo wprawdzie daje mu się sto dni na stworzenie jakiegoś obrazu tego, co będzie się działo w trakcie jego kadencji, ale nikt nie może zabronić myślącej części społeczeństwa odnosić się do decyzji i zapowiedzi decyzji upublicznianych każdego praktycznie dnia.

Prezydent Obama zaczął od mocnego uderzenia; i to już pierwszego dnia urzędowania. Jednym pociągnięciem pióra podpisał decyzję o zamknięciu więzienia dla terorystów na Kubie. Wiadomość ta obiegła media i – co ciekawe, choć wcale nie niespodziewane – nie wzbudziła szerszej debaty w głównych ośrodkach opiniotwórczych. A szkoda.
Trzeba przecież pamiętać, że Stany znajdują się w stanie wojny z terroryzmem międzynarodowym. Wojna jest jak najbardziej gorąca i działania militarne dzieją się w różnych miejscach na świecie. Na Kubie osadzani są ci, których pochwycono na polu walki lub podczas likwidacji kryjówek terrorystów w Iraku, Afganistanie, Pakistanie i innych krajach. Nie są to przypadkowi aresztanci schwyceni podczas łapanek. Każdy z nich ma na sumieniu (w przypadku terrorystów to czysto teoretyczna formuła) jakiś udział w tym porażającym procederze. W Guantanamo siedzą terroryści, którzy marzą wyłącznie o jednym: zabijaniu.
I teraz prezydent Obama postanowił zlikwidować to więzienie. Nic nie wiadomo, co zrobić z trzymanymi tam więźniami. Są trzy opcje: można ich osadzić w więzieniach amerykańskich – i tu poddać procesowi według obowiązujących w Ameryce reguł kodeksu prawnego; można odesłać do krajów pochodzenia, żeby tam się z nimi procesowali; można też ich wypuścić wolno.
Zapewne w praktyce będziemy świadkami jakiejś formy mieszanki tych trzech ewentualności. I wcale nie jest moim zdaniem najgorsze to, że  jakaś ich liczba znajdzie się na wolności i będzie podrzynać gardła następnym zakładnikom. Nota bene dziś nadeszła wiadomośc niepotwierdzona, ale jakże prawdopodobna o zamordowaniu w Pakistanie polskiego porwanego. Najgorsze jest to, że w świat islamski, który jest matecznikiem terroryzmu idzie sygnał, że Amerykanie „odpuszczają“. Amerykanie nie będą już starać się przechwytywać bandytów spod znaku półksiężyca, nie będą ich przesłuchiwać na okoliczność rozpoznania dalszych ogniw siatki, nie będą ich więzić i nękać w żaden sposób. Amerykanie „wymiękają“.
W wojnie nerwów taki sygnał oznacza tylko jedno: przyzwolenie na więcej. Na więcej zbrodni, na więcej porwań, na więcej wymuszeń. Wszystkie siły zła na świecie, których jest mnóstwo odkorkowują teraz szampana i święcą triumf. Nadchodzi ich czas. A nas, świat zachodni czeka kolejna, bolesna i zapewne bardzo kosztowna lekcja historii.