Obama nie chce być prezydentem. Obserwuję go przez tę kampanię i jestem zdumiony sukcesem, który jest jego udziałem – chyba nie bardziej, niż on sam. Cała historia jego wywindowania do nominacji partyjnej jest jak z nienajlepszej, ale ciekawie się czytającej powieści. Trochę podobnie, jak w “Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego.
Oto jest człowiek, którego okoliczności, a nie jego własne osiągnięcia, wizja, wola i starania wyniosły na szczyty. Okoliczności bywają różne, ale wszystkie one mają tę wspólną cechę, że są niezależne od samego zainteresowanego. U Kosińskiego tymi okolicznościami były mroczne kręgi tajemniczych macherów, którzy rządzą spoza kulis. W przypadku Obamy to kolor jego skóry i atmosfera oczekiwania na spektakularną przemianę, cokolwiek by ona miała oznaczać. Oczekiwanie, które żywi spora, jeżeli nie przeważająca część wyborców partii demokratycznej. Oni dokonują wyborów, jak pięciolatek,któremu znudziło się oglądanie bajeczki – teraz chciałby pobawić się zapałkami.
A więc, rację miała Geraldine Ferraro, gdy w czasie prawyborów śmiała wyrazić opinię, że gdyby Obama był biały– nigdy nie zaszedłby tak daleko. Tylko politycznie poprawni troglodyci mogą mieć jej to za złe. Rzut oka na resume Obamy pokazuje wyraźnie, że nie ma tam nic, co wskazywałoby na jakiekolwiek przywódcze czy choćby kierownicze inklinacje. Ponadto, 95% czarnych Amerykanów głosuje na niego i deklaruje poparcie. W normalnej społeczności nie ma nigdy, w żadnej sprawie jednomyślności. Więc, jeżeli gdzieś się pojawia – oznacza to ksenofobię. Więc kolor skóry i ksenofobia plus polityczna poprawność wyborców partii demokratycznej - oto okoliczności, które stworzyły Obamę - kandydata na prezydenta.
Obama to wie, jest w sumie bardzo inteligentnym człowiekiem. On wie też, że nie staje mu kwalifikacji do rządzenia krajem. Tym krajem. Może gdzieś indziej… Ale nie tu. Obama nie potrafi zamanifestować jakichkolwiek stałych poglądów, których umiałby przekonująco bronić. Zmienia je równie często, co przed czterema laty Kerry. Źle czuje się bez telepromptera. Występując spontanicznie gubi myśli i nie wie co powiedzieć. Zupełnie inaczej, niż obecny prezydent, który w czasie oficjalnych spotkań zastyga, jak sarna w światłach reflektorów, a w luźnych tzw. Town Hall meetings jest elokwentny, rozluźniony i wymowny.
Obama jest świadom swoich braków. Staje teraz wobec historycznej chwili – swojej życiowej, ale i amerykańskiej. On nie chce zostać w świadomości historycznej tym pierwszym, który poniósł porażkę,którego nieporadność będzie tematem kawałów przez następne 300 lat. Dlatego na wiceprezydenckiego kandydata obrał Bidena – człowieka starego establishmentu,który ma się do hasła “przemiana” tak, jak wół do karety. Dlatego Obama nie stroni od skrajnych poglądów i zapowiedzi decyzji, które są w Ameryce nie do przyjęcia. Nie, Obama nie chce być prezydentem. Jego żona chce Białego Domu; on nie.
Czego więc chce? Otóż on chce przegrać te wybory w aureoli męczennika. Patrzcie – nie wybrali mnie, bo Ameryka jest wciąż ksenofobiczna, rasistowska. Tu nie widzi się człowieka, ale jego kolor – oto kwintesencja retoryki, jaką niechybnie będziemy słyszeli od niego po wyborach. Obama chce przegrać, bo wtedy stanie się wygranym. W ramach tego paradoksu znajdzie się w komfortowej sytuacji lidera nowego pokolenia czarnoskórych Amerykanów. Z wystarczającą ogładą, żeby być bardziej atrakcyjnym, niż Sharpton, czy Jackson, ale też wystarczająco radykalnym, żeby nieść sztandar zwycięstwa po Malcolmie X.