Ktoś powie, że to kassandryczne zaklinanie rzeczywistości i widzenie wszystkiego w czarnych kolorach. Ja na to odpowiadam: ja po prostu próbuję odczytywać sygnały, jakie do mnie docierają i przetwarzać je w maszynce rozumowania przy użyciu zestawu wiedzy, jaką udało mi się dotąd posiąść.
Prezydent Barak Obama nie jest głupcem. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości. Jego możliwości intelektualne są wielkie, daleko powyżej średniej krajowej. Zawsze uważałem, że absolwentem dobrych szkół nie może być półgłówek. Dlatego broniłem poprzedniego prezydenta przed małostkowymi, prymitywnymi i po prostu głupimi etykietkami w rodzaju: „głupek“. Prezydent Bush ukończył Yale i Harvard. A tam na nikim nie robią wrażenia tytuły, czy majątek rodziny.
Więc Obama nie jest głupcem. Jest czymś stokroć gorszym – jest ideologiem. On ma pewną wizję, która wyrasta z formacji ideologicznej, jakiej uległ dzisiejszy prezydent. Formacji, która ukształtowała się w silnie lewicujących środowiskach akademickich, której radykalizmu przydał długotrwały i intensywny – jak można sądzić – kontakt z rozpoznanym, choć nie skazanym terrorystą rodzimego chowu, Billem Ayresem. Wreszcie formacji, w której miał coś do powiedzenia pastor Wright. Badanie zaplecza towarzyskiego, czy zawodowego Obamy nie mieści się w ramach krótkiego w końcu felietonu, ale zaprowadzić mogłoby do mrocznych dość gabinetów prawniczych, które pracowały dla rozmaitego autoramentu indywidułów.
Barak Obama, to ideolog, który trafił teraz i tutaj na swój czas, na swój moment historyczny, kiedy stał się kamieniem milowym nie tylko jako pierwszy niebiały prezydent. Jego ambicje sięgają znacznie dalej. On chce przeorać ten kraj i zostawić go przerobionego na miarę ideologii, jaką reprezentuje. W jej ramach państwo ma być krztałtowane przez świadome swoich celów instutucje rządowe. A te instutucje mają za cel pilnować właściwego kierunku rozwoju. Oto w jednym zdaniu owa ideologia. My, ze wschodniej Europy wiemy, co to oznacza. I niech nikt nie łudzi się, że tu, w Ameryce to nie jest możliwe.
Kiedy słyszę kolejne informacje o pakietach stymulacyjnych, które mają rozruszać gospodarkę, staję się nerwowy. Nerwowość moja wzmaga się, kiedy słyszę i widzę szczegóły tego pakietu. Bilion dolarów do wydania na różne wątpliwego sensu cele społeczne. Oto błyskawiczna realizacja zapowiedzi jeszcze z kampanii, że będzie „lepiej“. Komentatorzy się pocieszali, że musi się owa retoryka złagodzić, że Obama jest pragmatykiem, który przesunie się do centrum. Otóż nie przesunie się do żadnego centrum.
Obama, jak przystało na rasowego lewicowca widzi w instytucjach państwowych ową omnipotencję, która jest lekarstwem na całe zło. Wypowiedzi ostatnich tygodni wskazywały na to dobitnie. Jeżeli nie uchwalimy pakietu – grzmiał prezydent – czekają nas mroki pogłębiającego się kryzysy, depresji, która nigdy się nie skończy.
Tytułem przypomnienia, bo niektórzy mają zbyt krótką pamięć: Ronald Reagan, kiedy obejmował urząd, odebrał od skandalicznie nieporadnego Cartera gospodarkę w następującym stanie: Inflacja powyżej 11%, bezrobocie około 15%, stopy procentowe powyżej 15%, a gospodarka przestała się rozwijać od co najmniej dwóch lat. Amerykanów ogarnęła apatia i brak wiary w przyszłość. I oto, jaki pakiet stymulacyjny przedstawił Reagan: zadeklarował, że rząd nie jest sposobem na kłopoty, ale jest przyczyną kłopotów oraz, że to w rękach samych obywateli – przedsiębiorców, pracowników, głów rodzin, ludzi mniejszych i większych jest ster tej wielkiej nawy, jaką jest gospodarka kraju.
Widzicie różnicę w tej retoryce? Obama twierdzi, że rząd musi naprawiać, Reagan że rząd potrafi tylko psuć. Obama utwierdza ludzi w przekonaniu, że jest beznadziejnie i że tylko władza może dać nadzieję. Reagan inspirował obywatelską dumę i wyzwalał energię do pracy, do działania.
W praworządnym państwie rząd prowadzony przez odpowiedzialnych liderów używa tylko dwóch narzędzi w oddziaływaniu na gospodarkę. Gdziekolwiek te bariery bywają przekroczone tam dzieje się szybszy lub wolniejszy proces erozji ludzkiej inicjatywy i psucie naturalnych procesów gospodarczych. Owe narzędzia to polityka podatkowa i polityka monetarna.
Państwo ma obowiązek stymulować gospodarcze tempo rozwoju kontrolując cenę pieniądza poprzez stopy procentowe i uważając, żeby ów rozwój nie popadł w stagnację z jednej strony albo w zbyt rozjuszony wzrost z drugiej. Państwo musi również dbać o finansowanie swoich celów z pieniędzy podatknika zważając, żeby nie zabierać więcej, niż jest absolutnie niezbędnie potrzebne.
Pakiet Obamy nie ma w sobie nic z tych rzeczy. To jest bilion dolarów wydany w przekonaniu, że gospodarka zaskoczy. Otóż nie zaskoczy. Choćby nie wiem jakie astronomiczne sumy miały być wydane na jakikolwiek cel, to nie będzie nic znaczyć. Z tej prostej przyczyny, że będzie to pojedyńczy „wlew“, który się rozejdzie po zakamarkach gospodarki, zapełni pewne niezbyt godziwe kieszenie i niebawem pociągnie za sobą dalsze miliardy i biliony. Dopóki ich starczy z podatniczych kontrybucji.
Co byłoby lepsze? Niczego rewelacyjnie nowego nie zaproponuję: Zamiast ogromniastego zastrzyku na raz, powinien być poszerzony stały strumień wydatków, oszczedności i inwestycji. Jedyny na to sposób, to obniżenie podatków i pozostawienie większych sum w kieszeniach nas wszystkich, którzy zarabiamy mało lub dużo, ale w wielomilionowej masie to właśnie my stanowimy ten impuls, za ktorym firmy się rozwijają, inwestują i zatrudniają innych takich jak my.
To powinno być okraszone odpowiednio niską stopą procentową, żeby koszt kredytu był niski i osładzał ryzyko inwestycji. I nie mniej ważne jest przypomnienie Amerykanom, że są narodem ludzi samodzielnych, samowystarczalnych i zdolnych do niewyobrażalnych wręcz osiągnięć. I to nie dlatego, że rząd im na to pozwala, ale dlatego, że im w tym nie przeszkadza.
Jeżeli Obamie się powiedzie plan, Amerykanie przemienią się z dynamicznego narodu, który był inspiracją dla świata w rewindykacyjną chołotę, która próbuje wyszarpnąć z ogólnego koryta jak najwięcej ochłapów.
Currently rated 3.0 by 3 people
- Currently 3/5 Stars.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5